Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory by LupusUnleashed

Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory by LupusUnleashed

Dream Theater – Metropolis Pt.2: Scenes From A Memory

Po batalii z producentami i porażce związanej z wygładzonym brzmieniowo i stylistycznie "Falling Into Infinity" Dream Theater na szczęście nie zamknęło swoich podwoi, a wręcz przeciwnie postanowiło sprawy wziąć w swoje ręce. Piąty album w historii grupy miał być nie tylko powrotem do formy, ale także swoistym... piątym debiutem zespołu*. Miał być tym, czym nie okazał się być poprzednik, czyli godnym następcą "Awake" oraz wyznaczeniem pewnych standardów na kolejne lata. Wreszcie prezentował nowego członka grupy, upragnionego przez Dreamów Jordana Rudessa, który nie będąc już związany kontraktem z Dixie Dreggs dał się przez Portnoya i Petrucciego namówić podczas sesji nagraniowych pobocznego projektu Liquid Tension Experiment** do dołączenia do ich macierzystej formacji i zastąpienia Dereka Sheriniana zwolnionego ze skutkiem natychmiastowym podczas rozmowy telefonicznej.

Kontynuacji "Metropolis Pt. I: The Miracle and the sleeper" od kilku lat domagali się fani i pierwotie miała się ona pojawić na "Falling Into Infinity" pod postacią dwudziestominutowej suity, która wypadła z ostatecznej listy utworów na wczesnym etapie, ostając się jedynie w surowej wersji demo, którą można znaleźć na pełnym zapisie sesji do poprzedniego albumu wydanej w oficjalnej bootlegowej serii zespołu (do której wrócimy w przyszłości). Niedokończona suita posłużyła jako materiał źródłowy do powstania nowej płyty Dream Theater wzorowanej na słynnych progresywnych koncept albumach, a przede wszystkim na "Operation: Mindcrime" Queensrÿche. Wiele wczesnych fragmentów znalazło swoje rozwinięcie w przebudowanej i rozszerzonej wersji, która ostatecznie, także dzięki oddaniu swobody artystycznej i produkcyjnej w ręce zespołu przez wytwórnię, złożyła się dwanaście utworów podzielonych na dwa akty i dziewięć scen. "Metropolis Pt. 2" nagrywane było w tym samym miejscu co "Images And Words" czyli w BearTrack Studios w Suffern w Nowym Jorku, a samo studio posłużyło także za miejsce zbrodni w opowieści z płyty i można je zobaczyć na tylniej okładce albumu gdzie widnieje fotografia tegoż. Historia jaką grupa wymyśliła na potrzeby albumu nie tyle rozwija wątki z pierwszej części, ale także częściowo pokrywa się z zapomnianym już nieco, ale znakomitym filmem "Dead Again" Kennetha Branagha z 1991 roku w którego obsadzie znaleźli się Emma Thompson, Andy Garcia, Derek Jacobi, Wayne Knight i Robin Williams (więcej tutaj). Filmowe odniesienie zawsze mi towarzyszyło w rozważaniach o tym albumie, ale zawsze kierowało się ku wcześniejszemu pod względem realizacji polskiemu filmowi "Medium" z 1985 roku, gdzie detektyw przyjeżdża do Sopotu by zbadać sprawę tajemniczych wizji, które go nawiedzają od dłuższego czasu. W dalszym przebiegu historii okazuje się, że nie tylko on musiał przyjechać do nadmorskiego kurortu i do jednej z sopockich will (znajdującej się przy ulicy Obrońców Westerplatte 24), gdzie okazuje się, że każdy z przyjezdnych jest wcieleniem osób, które zostały brutalnie zamordowane kilka lat wcześniej.

Luźno nawiązując do historii dwóch braci z poprzedniej części "Metropolis": Edwarda i Juliana zakochanych w tej samej kobiecie o imieniu Victoria śledzimy podróż do wnętrza świadomości Nicholasa poddanego na początku opowieści hipnozie, który twierdzi że miewa sny o kobiecie imieniem Victoria, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach w roku 1928. Okazuje się, że we wcześniejszym życiu to właśnie Nicholas był Victorią, która zostawiła nie radzącego sobie z alkoholem i hazardem Juliana i znalazła pocieszenie w ramionach jego brata Edwarda. Podczas wspólnego śledztwa okazuje się, że nie jest tak jak sądził Nicholas jakoby Julian zabił Victorię w akcie zemsty i następnie popełnił samobójstwo w chwilę po zabójstwie byłej kochanki. Okazuje się bowiem, że Victoria niepewna swoich uczuć do obu braci, w sekrecie wciąż spotyka się z Julianem, a Edward odkrywszy prawdę zabił swoją partnerkę i upozorował samobójstwo brata. Następnie zaś używając swoich wpływów jako senator wpłynął na treść zafałszowanego artykułu w lokalnej gazecie. Pod koniec albumu obudzony z transu Nicholas wraca do domu, gdzie zostaje zabity przez psychoterapeutę, który go hipnotyzował w celu zbadania sprawy tajemniczych snów, który okazuje się nowym wcieleniem Edwarda. Jak zaś przedstawia się ta historia od strony muzyki?

 

AKT I

Scene One: Regression Tykanie zegara i głos psychiatry, który dokonuje hipnozy nie tylko na bohaterze lirycznym albumu Nicholasie, ale także i na nas. Wraz z odliczaniem wchodzi delikatna gitara Petrucciego i spokojny, kołysankowy wokal LaBriego. To jeden z najpiękniejszych wstępów jakie kiedykolwiek powstały, po prostu usypiacz czujności idealny.

Scene Two: I Overture 1928 Płynne przejście do ostrego tonu klawiszy, gitarowo-perkusyjnego rozpędzenia i zaczynamy wstęp właściwy. Przenosimy się wraz z Dream Theater do roku 1928, a oni czarują nas wspaniałym za każdym razem mocarnym pasażem instrumentalnym pełnym popisów gitary, klawiszy i pokazując, że mimo złagodzenia brzmienia na poprzednim albumie wciąż potrafią grać ostro, soczyście i co rusz zmieniając tempo, a to zaledwie początek albumu.Doskonały powrót do formy od pierwszych dźwięków, które z kolei fantastycznie przechodzą w numer kolejny zachwycający świetnym rozwinięciem i wejściem wokalu LaBriego.

II Strange Deja Vu Nieco przekorny tytuł zdaje się puszczać oczko do tych słuchaczy, którzy po "Falling Into Infinity" postawili na Dreamach krzyżyk. Ciężki riff i świetne tempo przypominają o najostrzejszych fragmentach "Awake", a zarazem rozwijają go o jeszcze bardziej melodyjne, przebojowe wręcz brzmienie. Fantastyczne jest nieco szybsze przełamanie w drugiej połowie numeru, w którym przywołuje się nawet harmonie z poprzedniego albumu, oczywiście w dużo ostrzejszym i bogatszym stylu. Następnie panowie przecudnie powtarzają fragmenty z Uwertury i płynnie wraz z zakończeniem przechodzą do dalszej części opowieści, gdzie wprowadza nas łagodny klawisz Rudessa.

Scene Three: I Through My Words Uspokojenie i usypianie czujności. Z początku bowiem jest to czarująca deszczowym klimatem, niepokojącym klawiszem i przejmującym, smutnym wokalem LaBriego ballada, która po chwili ostro i krocząco zostaje rozwinięta w numerze kolejnym.

II Fatal Tragedy Podniosła atmosfera, która co rusz przełamywana jest zagrywkami gitary i klawiszy, a następnie klimat gęstnieje i przyspiesza. Praca gitar, zarówno Petrucciego i Myunga wywołuje za każdym razem ciarki na plecach. Kapitalnie wychodzą też tutaj uzupełnienia wokalne wykonywane przez Portnoya, który wówczas jeszcze nie próbował za mocno akcentować swojej obecności poza znakomitą grą na perkusji, która od czasu "Awake" stała się jeszcze bardziej charakterystyczna, zróżnicowana i wyrazista. Kapitalny jest tutaj instrumentalny pasaż w którym panowie pozwalają sobie na odrobinę szaleństwa, które zwłaszcza udziela się kapitalnym klawiszowo- gitarowym dialogom Petrucciego i Rudessa, który od samego początku pokazał swój niesamowity styl i geniusz. Nadszedł czas, by zobaczyć jak umierasz. Pamiętaj, że śmierć nie jest prawdziwa... - mówi nam na końcu psychiatra i ponownie płynnie przechodzimy do kolejnego numeru, który wżera się w nas gitarą i świetnym perkusyjnym rozpędzeniem.

Scene Four: Beyond This Life Nieco ponad jedenastominutowa suita kapitalnie została tutaj rozłożona na akcenty - delikatny i niepokojący fragment przerywany ostrym riffem i klawiszowym dialogiem z początku numeru. Wraz z solówką Petrucciego utwór przyspiesza jeszcze bardziej, atmosfera gęstnieje i robi się jeszcze ostrzej. Nagle wszystko znów cichnie, jedynie do akustycznej gitary, tykania hi-hata i spokojniejszego wokalu LaBriego, by następnie znów ostro przyspieszyć w instrumentalny pasaż. W późniejszej partii robi się odrobinę spokojniej, wraz z solówką wraca trochę szaleństwa i słychać jak panowie świetnie się dogadują, bawią motywami i kolejnymi rozwinięciami tematu. Podobne przetworzenia będą później kopiowane przez wiele innych zespołów progresywnych na całym świecie, zarówno przez te znane i mniej kojarzone.

Scene Five: Through Her Eyes Czas na balladę w którą wprowadza nas łagodny klawisz Rudessa i gospelowe zaśpiewy Theresy Thomason, która wystąpiła tutaj gościnnie. Następnie już w pełnej krasie czaruje się nas rzewną gitarą, delikatnym klawiszem i spokojnym perkusyjnym bitem oraz wokalem LaBriego. To jeden z tych słabszych momentów płyty, przypominający najgorsze i najbardziej popowe fragmenty "Falling Into Infinity", w dodatku korzystający z wyciszenia, ale był on konieczny do rozładowania emocji związanych z poprzednim numerem i do wprowadzenia w akt II.

 

AKT II

Scene Six: Home Niemal trzynastominutowy porywający kawałek, który wpierw wita nas niepokojącą gitarą akustyczną i klawiszowym tłem, orientalnymi zagrywkami i fenomenalnym uderzeniem ostrym riffem, rozpędzoną perkusją i znakomitą basową wibracją. Ponownie panowie bawią się zmianami tempa, przetworzeniami motywów i oczywiście ciężarem, tu bowiem panowie jeszcze mocniej zbliżyli się do metalowego brzmienia, które na poprzednim albumie wyraźnie gdzieś zostało porzucone. Zwolnienia są pełne bólu, smutku i niepokoju, płynnie przechodząc w dalszy ciąg ostrzejszego grania, które co rusz przyspiesza w mocniejsze, majestatyczne rejony. Za każdym razem czuje się tutaj ciary na plecach, jest to bowiem jeden z tych numerów które sprawiają, że w Dreamach wciąż można zakochiwać się na nowo.

Scene Seven: I Dance Of Eternity Instrumentalny przerywnik i popis Jordana Rudessa parafrazujący popularne w czasie akcji ragtime'y. Przez długi czas numer ten, a właściwie jego najbardziej rozszalała partia, była moim dzwonkiem na komórce. Świetnie rozłożony początek, wita ostrym riffem, klawiszem i powolnym rozkręceniem, by następnie przyspieszyć. Skoczna klawiszowa partia jest absolutnie genialna, a następująca po nim gitarowa solówka prowadząca do ostrego, rozszalałego kroczenia i coraz bardziej bombastycznego finału porażająca i wywołująca uśmiech za każdym razem, gdy się tę kompozycję słyszy. Wracamy jednak do rzeczywistości, bo przecież historia której słuchamy do radosnych nie należy.

II One Last Time Rzewny i przepełniony smutkiem wokal LaBriego i powolne, balladowe tempo. Niechaj jednak nikogo to nie zmyli, to nie jest żadna pościelówa, a konsekwentne budowanie napięcia do coraz bliższego finału. To, co było najgorszym elementem "Falling Into Infinity" tutaj znalazło na siebie formułę, idealnie wpisując się w koncept, ale nie popadając w cukierkowość. Przepięknie też łączy się ona z trzecią balladą na płycie, będącą jedną z najpiękniejszych kompozycji tego typu jakie nagrali panowie z Dream Theater.

Scene Eight: The Spirit Carries On Delikatny wokal LaBriego, klawisz i teatralny klimat, który nagle wybucha do genialnego rozwinięcia w duchu gospel. Tu ponownie słychać Teresę Thomason, która fantastycznie uzupełnia się z głosem LaBriego. To niezwykłej urody, bardzo uduchowiony numer, który zdaje się za każdym razem łamać stereotypy i rozumienie muzyki metalowej, bowiem w nim bodaj po raz pierwszy Dream Theater pokazało, że są w stanie w swojej muzyce pociągnąć inne inspiracje i doskonale łączyć ostre brzmienie z pełnymi emocji balladami. Do tego jest to też kapitalne wprowadzenie do wielkiego finału płyty.

Scene Nine: Finally Free Mroczny, filmowy wstęp usypia naszą czujność jeszcze bardziej, przejmującym wokalem LaBriego i gitarowo-klawiszowym wstępem, które stopniowo przyspiesza, by następnie zachwycić ostrym uderzeniem i kolejnymi filmowymi wstawkami w których dochodzi do morderstwa. Łagodny przerywnik w połowie utworu po chwili znów narasta przetworzeniem fragmentów z początku płyty, zwłaszcza "Overture 1928", która spina klamrą opowieść i powoli sprowadza do czasu rzeczywistego. Wyciszenie sprowadza do kolejnej filmowej wstawki w której główny bohater wraca do domu, nalewa sobie drinka, puszcza płytę z winyla i zostaje zaskoczony przez swojego psychiatrę prawdziwym obudzeniem. Winylowy szum to ostatnie co słyszymy przez kilka sekund - te same dźwięki połączą album szósty, choć będzie to już zupełnie inna historia.

 

Po dziś dzień jest to płyta, która potrafi zachwycić i której słucha się w całości, wreszcie która mimo swojej długości zdaje się dosłownie przelatywać. Dla Dream Theater był to nie tylko powrót na właściwe tory, ale również album wyznaczający kierunek dla kolejnych wydawnictw zarówno pod względem ciężaru jak i budowania elementów składowych na jakie postawili. Dla wielu był to także pierwszy i najważniejszy album tej grupy, dla mnie jeden z tych do którego uwielbiam wracać, ten który przekonał mnie do Dreamów całkowicie. Fantastyczna okładka (na której znów widać charakterystyczną czcionkę nazwy oraz Majesty Logo) doskonale zaś uzupełnia się z płytą, która mimo upływu lat wciąż wzbudza emocje. To album wciąż niedościgniony i będący perłą w dyskografii Dreamów, którzy mimo kolejnych bardzo udanych płyt już nigdy nie zdołali osiągnąć takiej perfekcji jak tutaj.

*Piszę to naturalnie uszczypliwie, ale można tę kwestię rozpatrywać w taki właśnie sposób. Pierwszym debiutem była oczywiście epka wydana jeszcze jako The Majesty, drugim pierwszy pełnometrażowy album już jako Dream Theater, trzecim albumem numer dwa z Jamesem LaBrie przy mikrofonie; czwarty raz z Derekiem Sherinianem na epce "A Change Of Seasons" i naturalnie "Falling Into Infinity". Szósty "debiut" miał miejsce oczywiście na "ADTOE" gdzie po raz pierwszy usłysześć można było Mike'a Manginiego.

**Do którego oraz do jego odnogi Liquid Trio Experiment wrócimy innym razem. 

 

Recenzja autorstwa LupusUnleashed

Date

17 czerwiec 2018

Tags

Recenzje