Falling Into Infinity by Łukasz Brzozowski

Falling Into Infinity by Łukasz Brzozowski

Lata 90. ubiegłego wieku to nad wyraz ciekawy okres w historii muzyki rozrywkowej z największym jednak naciskiem na tę uprawianą przez długowłosych młodzieńców. Przez połowę ostatniej dekady poprzedniego tysiąclecia królował grunge, zwłaszcza 4 zespoły z Seattle, których przytaczać tutaj nie trzeba. Wychodziły rewolucyjne dzieła death i black metalu, kształtował się groove metal, śmiało poczynali sobie fascynaci industrialnej precyzji. Dream Theater uderzali z zupełnie innej flanki. Kiedy w 1989 wydali „When Dream and Day Unite”, nikt specjalnie nie zawracał sobie nim głowy, ale 3 lata później światło dzienne ujrzał kamień milowy progresywnego metalu – „Images and Words”. Ta niespotykana mikstura thrash, power, a nawet glam metalu z progresywnymi, inteligentnymi dźwiękami w jednej chwili spotkała się z uwielbieniem ludzi z wielu części świata. Rok 1994 to ogromne zmiany w Teatrze Marzeń – zaprezentowany ludziom „Awake” to już zupełnie inny krążek. Mroczny, ciężki, tajemniczy, zawierający sporą dozę niepokoju, pewnych niedopowiedzeń. Sukces komercyjny znowu osiągnięty – platyna w Japonii, w ojczystych Stanach złoto. Ale co dalej?

 

W 1996 panowie z Long Island przystąpili do komponowania materiału na kolejną płytę. Z nową osobą w składzie – Derekiem Sherinianem. Kalifornijski multiinstrumentalista wszedł w dosyć spore buty. Kevin Moore był bowiem niezwykle kreatywnym klawiszowcem, kompozytorem znacznej ilości muzyki i tekstów. Panowie stworzyli ponad 2h dźwięków z myślą o wydaniu ich w formie albumu dwupłytowego. I właśnie na tym etapie zaczęły się poważne spięcia z wytwórnią. Z demówek wyselekcjonowano 12 utworów (czyli ledwie połowę), a i przy samym nagrywaniu „właściwej” części dochodziło do poważnych kłótni oraz nieciekawych ingerencji ze strony producenta. Najwyraźniejszą z nich jest „You Not Me” (w oryginale „You or Me”), gdzie swoich kilka groszy wtrącił Desmond Child. Efektem tego zmieniony tytuł, tekst oraz sam kawałek, który spreparowano pod szerszą publikę. Wyżej wymieniony, balladowe „Hollow Years” i przebojowe, niesione ciężkim riffem „Burning My Soul” wytypowano na single. Niestety, panowie z EastWest musieli obejść się smakiem, „Falling Into Infinity” nie odniosło sukcesu komercyjnego, fani odwrócili się od zespołu, a sam skład przechodził poważny kryzys – zniesmaczeni efektami końcowymi, byli już na krawędzi rozpadu. Niezbyt ciekawie, fakt, ale teraz pada pytanie – czy czwarty długograj nowojorczyków rzeczywiście jest taki słaby?

 

 

Ano, nie jest! Chociaż średnio zaskakuje to, że fani amerykańskiego kwintetu mogli poczuć się przytłoczeni ilością zmian. Ogołocenie muzyki z metalowych elementów, znacznie prostsze struktury utworów, elementy popu w niektórych z nich… Po latach jednak można spokojnie stwierdzić, że rewolucja (niechciana, ale kogo to obchodzi?) wyszła chłopakom na dobre. Już od pierwszych dźwięków rozpoczynającego podróż w głąb pustki „New Millenium” (tekst kawałka idealnie pasuje do sytuacji na tym ziemskim łez padole w dzisiejszych czasach…) czuć świeży powiew  w formule, która na szczęście nie miała okazji się jeszcze zestarzeć. Funkowy beat, instrumentalne zabawy, ale wszystko utrzymane w bardzo luźnej i przestrzennej konwencji na miarę mistrzów z King Crimson. Największym atutem „Falling Into Infnity” jest jednak niezwykła przebojowość i ilość hitów. Zarówno wyśmiewające kondycję muzyki popularnej „Just Let Me Breathe” czy nieomal pop-rockowe „You Not Me” to jedne z większych evergreenów Dream Theater. Na nieszczęście, sam zespół nie przepada za materiałem z roku 1997, przez co ujrzenie owych piosenek w koncertowej setliście graniczy z cudem, zwłaszcza drugiego z wyżej wymienionych – zagranego jedynie kilkanaście razy w ciągu 19 lat. Pełno tutaj także szczerych emocji – od gniewu i prztyczków w nos totalitarnej wytwórni („Burning My Soul”) po smutek wywołany śmiercią najbliższych („Take Away My Pain”). Jednak na apogeum i punkt kulminacyjny trzeba poczekać do samego końca; wieńczący płytę „Trial of Tears” zachwyca od pierwszych sekund. Swobodnie przechodzi z klimatycznego intro w progresywne połamańce i wyjątkowo hipnotyzującą końcówkę, a wers: „It’s raining, raining on the streets of New York City” wywołuje wzruszenie chyba u każdego wielbiciela dźwięków Teatru Marzeń przy samotnym spacerze w deszczu.

 

 

Po wydaniu „Falling Into Infinity” panowie ruszyli w trasę poetycko zatytułowaną „Touring Into Infinity”. Jeszcze przed jej zakończeniem z zespołu pozbyto się Dereka, a na jego miejsce wskoczył – naówczas długowłosy – Jordan Rudess, który odpowiada za „parapety” w Dream Theater po dziś dzień. W 1999 roku wydano „Scenes from a Memory” – uznawane za jeden z najwybitniejszych koncept-albumów muzyki progresywnej i największe dzieło nowojorczyków. Smutne wspomnienia po „Falling…” odeszły w niepamięć, a szkoda, bo był to prawdopodobnie ostatni tak wstrząsający materiał kwintetu ze Stanów Zjednoczonych.

Łukasz Brzozowski

Date

04 październik 2017

Tags

Recenzje